Tynk dekoracyjny beton kupiłam pierwszy raz z ciekawości, a nie z planu. Chciałam sprawdzić, czy da się zrobić surową ścianę bez kucia i bez płyt, w mieszkaniu, w którym mieszkam na co dzień. Zrobiłam dwie ściany: jedną samodzielnie, drugą zleciłam. Różnica w cenie wyszła prawie trzykrotna, więc pytanie brzmiało, co dokładnie za tę dopłatę dostaję. Minęły trzy lata i mam wnioski.
Co właściwie kupujesz, gdy kupujesz efekt betonu
Pod tą nazwą sprzedaje się kilka różnych rzeczy i to pierwsza rzecz, którą trzeba rozplątać. Najprostsze są farby strukturalne z dodatkiem wypełniacza, nakładane wałkiem, w cenie od 30 do 60 zł za metr materiału. Wyżej stoją tynki cienkowarstwowe na bazie cementu albo wapna, nakładane pacą w dwóch albo trzech przejściach.
Na szczycie jest mikrocement, czyli mieszanka cementowo-polimerowa kładziona warstwami po pół milimetra i szlifowana między nimi. Kosztuje najwięcej i wymaga najwięcej umiejętności, ale daje powierzchnię odporną na wodę i nadającą się do łazienki. Baumit, Ceresit i Atlas mają w katalogach produkty ze wszystkich trzech grup, więc sama nazwa handlowa niczego nie rozstrzyga. Trzeba czytać kartę techniczną i sprawdzać, czy producent dopuszcza dane wykończenie do pomieszczeń mokrych.
Ściana, którą zrobiłam sama
Wybrałam tynk cienkowarstwowy, bo wydawał się rozsądnym kompromisem. Zużyłam dwa weekendy i cztery worki materiału na jedenaście metrów kwadratowych. Najtrudniejsze nie było nakładanie, tylko utrzymanie tempa: masa wiąże i jeśli przerwiesz w środku ściany, granica między partiami zostaje na zawsze.
Efekt wyszedł nierówny, ale w sposób, który mi się spodobał. Widać ruch ręki, są jaśniejsze i ciemniejsze pola, jedno miejsce przy oknie jest wyraźnie ciemniejsze, bo pracowałam tam pod koniec dnia i masa była już gęstsza. Gdybym robiła to drugi raz, podzieliłabym ścianę na dwie sesje z celową, wyraźną krawędzią, zamiast udawać, że zrobię wszystko za jednym razem. Fachowiec pracuje szybciej i dlatego u niego takich pól nie ma. Dwie doby na wyschnięcie i jedno przejście impregnatem zamknęły całą robotę.
Ściana zlecona i różnica, której się nie spodziewałam
Za drugą ścianę, czternaście metrów w salonie, zapłaciłam 150 zł za metr z materiałem. Ekipa zrobiła ją w jeden dzień, powierzchnia wyszła jednolita i gładka, dokładnie taka, jak na zdjęciach w katalogu.
Po trzech latach różnica między ścianami nie polega jednak na wyglądzie faktury. Polega na tym, co się z nimi stało w miejscach użytkowanych. Moja ściana jest w korytarzu i ma dwa otarcia od oparcia krzesła, ale ponieważ była nierówna od początku, otarcia po prostu wtopiły się w resztę. Gładka ściana w salonie dostała jedno zadrapanie i widać je z drugiego końca pokoju, bo nie ma się w czym schować. To argument, którego nie znalazłam w żadnym poradniku przed pracą. Drugi wniosek dotyczy koloru: gładka ściana zblakła równomiernie o pół tonu, a mojej nie da się z niczym porównać, bo nigdy nie była jednolita.
Kiedy odradzam samodzielną pracę
Nie brałabym się sama za łazienkę ani za kuchenną strefę nad blatem. Tam liczy się szczelność warstwy i poprawne wykonanie narożników, a błąd nie kończy się na wyglądzie, tylko na wodzie w przegrodzie. Nie robiłabym też sufitu, bo praca nad głową z gęstą masą to inna liga zmęczenia.
Za to ściana w pokoju, przedpokój, ścianka przy schodach albo tył regału to dobre miejsce na pierwszą próbę. Materiał na jedną ścianę to wydatek rzędu 300 do 500 zł, więc nawet nieudany eksperyment nie jest dramatem, a pacę i tak wykorzystasz później. Zaczęłabym od powierzchni, której nie widzisz od progu, i dopiero po niej przechodziła na ścianę, która ma być wizytówką. Na tę ostatnią wchodzi się już ręką, która wie, jak gęstnieje masa. O gotowych płytach z betonu, czyli alternatywie dla tynku, piszemy osobno.







